Moim gościem jest pan Mendel Gdański. Mieszka w Warszawie od 67 lat i choć jest Żydem, czuje się Polakiem. 16 listopada stał się ofiarą prześladowań antysemickich. Mendel Gdański: Od dwudziestu siedmiu lat jestem introligatorem, ciągle w tym samym miejscu mam swój warsztat. Swoją pracę wykonuję najrzetelniej jak umiem. Mam stałych klientów, którzy chętnie korzystają z mych usług, bo przecież i pan mecenas, i stary archiwista, i pani radczyni a nawet pensjonarki do mnie zaglądają. Wszyscy mnie tu znają. A. N.: A jaka jest Pana sytuacja rodzinna? Widzę, że samotnie Pan żyje. M. G.: Ano tak. Urodziłem się na Starym Mieście jako piętnaste dziecko, dlatego mam na imię Mendel. Miałem żonę Resię, z którą żyłem trzydzieści lat i pięciu „synów, którzy się za chlebem rozbiegli", i wnuki, i córkę Liję, która wcześnie zmarła. Po niej został mi tylko jeden wnuk , dziesięcioletni Jakub. Mieszkam razem z nim, a smutki zagłuszam pracą.
Anna Nowak: Proszę powiedzieć, czym się Pan zajmuje ?
M. G. : Przykro mi nawet o tym wspominać, nigdy nie sądziłem, że mieszkańcy mojego miasta, mojej Warszawy potraktują mnie tak okropnie. 15 listopada zauważyłem jakiś niepokój w uliczce. Kręciły się jakieś obszarpane wyrostki, którzy penetrowali sienie albo siedzieli w szynku. Kuba wrócił zdenerwowany ze szkoły, bo ktoś na niego krzyknął „Żyd". Rozgniewałem się na niego, ale starałem się przekonać, że powinien być dumny z tego, że jest człowiekiem uczciwym. A potem znajomy zegarmistrz ostrzegł mnie, że szykuje się napad na Żydów. Uznałem, że to tylko ludzie plotą. Za co mieliby nas bić?
Obrzydłówek to miejscowość, w której toczy się akcja „Siłaczki" Stefana Żeromskiego. To nazwa znacząca - została wymyślona przez autora noweli i charakteryzuje samo miejsce, jak i jego mieszkańców.
Czymże więc jest Obrzydłówek? To przede wszystkim prowincja oddalona od centrów naukowych i kulturalnych. Miasteczko, gdzie brak komunikacji i możliwości połączenia z większymi ośrodkami. Otaczają je rozległe pola o jałowych glebach, stąd nędza zwykłego, szarego zjadacza chleba. Natomiast miejscowej inteligencji brak możliwości wymiany myśli na wyższym poziomie z ludźmi o szerszych horyzontach. Jedyną rozrywką staje się plotkowanie, imieniny proboszcza i gra w karty.
Paweł Obarecki przybył do Obrzydłówka porwany hasłami pozytywizmu „pracy u podstaw" bezpośrednio po ukończeniu studiów medycznych w Warszawie. Był wtedy młodym i bezinteresownym, szlachetnym i energicznym człowiekiem. Z zapałem zabrał się do pracy. Badał, leczył, rozdawał lekarstwa za bezcen, usiłował poprawić stan zdrowotności i higieny wśród prostego ludu. Wierzył w zwycięstwo prawdy! Ufał, że zmieni się prymitywne życie obrzydłowskiej biedoty, że wpoi aptekarzowi i jego spółce zasady uczciwego postępowania. Nie zrażał się mimo szykan (notoryczne wybijanie szyb w oknach) ze strony tych ostatnich.
„Zwycięstwo prawdy nie nastąpiło". Powoli entuzjazm doktora wygasał. Stwierdził, że wszystkie jego zabiegi nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Zniechęcił się. Porzucił szczytne ideały a swój krąg zainteresowań zawężył do rutynowo wykonywanej praktyki, obfitego wiktu i metafizycznych rozważań. Zarówno miejscowe towarzystwo, jak i obrzydłowski krajobraz napawały go nudą. Z biegiem czasu horyzont myślowy Obareckiego coraz bardziej zacieśniał się. Przywykł do nudy, do samotności, nie pociągały go już ogniska życia umysłowego, pracował dla pieniędzy. Pogodził się nawet ze swym przeciwnikiem - aptekarzem i podejrzewał się o to, iż mógłby nawet zawrzeć z nim spółkę.


Pewnego wieczoru egzekutor Iwan Dmitrycz Czerwiakow wybrał się do teatru, by obejrzeć „Dzwony kornewilskie". Siedział na parterze tuż za generałem Brizżałowem bardzo zadowolony ze spektaklu i nagle... kichnął, przypadkiem opryskując swego sąsiada. Początkowo nie przejął się tym faktem, ale uprzejmość nakazywała przeprosić generała, co też uczynił.
Staruszek wcale nie czuł się urażony i zaraz wybaczył niezręczność Czerwiakowi, lecz ten ostatni już poczuł się nieswojo i postanowił ponowić przeprosiny w czasie antraktu. Generał trochę zniecierpliwiony zapewnił, że się nie gniewa. Natomiast Iwan Dmitrycz czuł się coraz mniej komfortowo.
Po powrocie do domu podzielił się swym zmartwieniem z żoną, która najpierw przestraszyła się, sądząc że to przełożony męża. Uspokojona, że to urzędnik, któremu małżonek bezpośrednio nie podlega, poradziła mu kolejne zadośćuczynienie w miejscu pracy generała.
Rewirowy Oczumiełow właśnie przechodził przez opustoszały plac targowy w towarzystwie stójkowego Jełdrina, gdy obaj usłyszeli psi skowyt i zobaczyli mężczyznę, który usiłował złapać psa. Z powodu tego zamieszania nagle zebrali się gapie.
Podchmielony mężczyzna - Chriukin, z zawodu złotnik, pokazywał tłumowi okrwawiony palec i jako winowajcę wskazywał wystraszonego szczeniaka, białego charta. Rewirowy chciał przywrócić porządek, więc podszedł do zebranych , by wyjaśnić sytuację. Poszkodowany twierdził, że szedł sobie spokojnie z panem Mirijem Mitryczem do składu z drzewem, aż tu nagle ni stąd ni zowąd złapał go pies za rękę, a ponieważ praca jubilera wymaga precyzji, zażądał odszkodowania. Oczumiełow przyznał rację złotnikowi i zamierzał surowo ukarać właściciela psa. Kiedy jednak okazało się, że jest nim generał Żygałow, zmienił front i wręcz zaczął wątpić, jak taki mały psiak mógł ugryźć Chriukina. Poza tym ktoś dorzucił, że podpity złotnik wtykał mu papierosa do mordy.
Żona Andrzeja, wdowa po najstarszym z braci Korczyńskich, była kobietą poważną, nie okazującą emocji. Wyszła za mąż z miłości. Kochała też ojczyznę, ale w przeciwieństwie do swego męża nie potrafiła zbliżyć się do ludu. Nie chodzi o to, że była zbyt dumna, ale nie potrafiła zaakceptować prostotę zachowań wiejskiej społeczności. Po śmierci męża powróciła do rodzinnego domu i zawsze była powściągliwa i opanowana. Benedykt pomagał jej w zarządzaniu gospodarstwem i majątkiem. Miał jednak pretensje, że swego syna Zygmunta Andrzejowa wychowuje w duchu cudzoziemskim. Ona jednak twierdziła, że chce ukierunkować syna na idealistę a nie materialistę.
Kirłowie są ludźmi raczej ubogimi, ale ich dom i zagroda tętnią życiem. Do tegoż domu przybywa Różyc. Podczas rozmowy przyznaje się do używania narkotyków. Wyznaje on też, że pożąda Justyny, ale nie ma zamiaru jej poślubić z uwagi na jej pochodzenie i ubóstwo. Następnie proponuje Kirle posadę zarządcy swej posiadłości - Wołowszczyzny. Kirłowa jednak nie przyjmuje tej propozycji. Różyc proponuje jej jeszcze, że przejmie on finansową stronę wykształcenia jej synów, na co Kirłowa wyraża zgodę. W tym czasie Witold z Marynią również wiodą długą rozmowę.
Marta i Justyna wracają z kościoła. Po drodze spotykają Janka, powożącego drabiniastym wozem oraz Różyca i Kirłę, jadących do dworku Korczyńskich.sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 160618
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Streszczenia, analizy wierszy, poezja, opisy obrazów.
